poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nieprzespane noce, zdrętwiałe nogi, bolące oczy - czyli nałogowe czytanie :)

Dzisiaj będzie bardziej życiowo :D Ale nie ma powodu do obaw - to wcale nie znaczy, że nie mam wam nic ciekawego do przekazania i wymyślam coś na siłę ;) Na blogu mam zamiar dzielić się moimi pasjami. Jedną z nich są książki, więc o nich też będę pisać. Dziś postaram się przekonać tych z was, którzy nie czytają do tego, że książki to nie tylko lektury, ale także pasjonująca przygoda!




Jak wiadomo, świat dzieli się na ludzi, którzy czytają - nałogowo, bądź też nie, po prostu nie stronią od tego zajęcia. Ja z pewnością zaliczam się do tej grupy. Oczywiście, że są takie książki, które mnie nudzą albo takie, za które nie mogę się zabrać. Na przykład za Quo Vadis - jest to lektura, którą muszę przeczytać w wakacje i zrobić notatki. Zostało już niewiele czasu (smuteczek). Nie będę was przekonywać do ochoczego czytania lektur :D Ja mam po prostu humanistyczne podejście, bo jestem takim umysłem :) Klasyka to coś co cenię i po prostu lubię znać perły polskiej literatury. 

 Drugą grupę stanowią ludzie, którzy za książkami nie przepadają albo wręcz nienawidzą czytać. Sama znam kilka takich osób. Zastanówmy się, jak kształtuje się stosunek tych osób do literatury? (PRZYKŁAD)

Takie osoby w dzieciństwie nie mają zbytniego kontaktu z książką. Rodzice nie czytają im na dobranoc, pewnie też nie opowiadają bajek. Dziecko zaczyna naukę w szkole i zaczyna czytać - szczególnie lektury, które w początkowych klasach nie są zbyt absorbujące. Systematyczność może być jednak ciężka do wyćwiczenia. W starszych klasach szkoły podstawowej lektury są obszerniejsze, a to od razu może odrzucać. Poza tym, książkę przeczytać trzeba w terminie, nauczyciele przeprowadzają test ze znajomości, a treść jest wałkowana na co najmniej kilku godzinach lekcyjnych. W gimnazjum jest naprawdę "gorzej". Szkoła podstawowa ma lektury naprawdę stosunkowo fajne, więc nie narzekajcie! ;) Wiadomo nie od dziś, że szczególnie młodzi ludzie nie lubią, gdy się im rozkazuje. Oczywiście, cały system szkolnictwa opiera się na tym, jednak do zajęcia tak pasjonującego i rozwijającego jak czytanie, nauczyciele powinni zachęcać. W dorosłym życiu człowiek może mieć na zawsze uraz do książek właśnie poprzez takie "traumy" z młodości.

No a my, nastoletni ludzie? Scenariusz jest taki sam, jednak może uraz trochę mniejszy. Pamiętajcie jednak, że nie wszystkie książki to lektury, które są zazwyczaj nawet nie tyle nudne, ile ciężkie w odbiorze. Co daje czytanie?

:) zajęcie na niekończące się godziny

:) wzbogacanie słownictwa, bezbolesne przyswajanie zasad gramatyki i ortografii

:) sposób na lepsze oceny

:) nigdy nie mieliście tak, że chcieliście zapomnieć o otaczającym was świecie, np. gdy zżerała was zazdrość albo koleżanka się na was fochnęła? Nigdy nie mieliście tak, że chcieliście pożyć czyimś życiem, przeżywać przygody, nawet fantastyczne? Nigdy nie mieliście tak, że w rutynie dnia codziennego chcieliście wejść w inne środowisko, nawet niebezpieczne - po prostu chcieliście się dowiedzieć jak tam "jest"? Nie ma nic lepszego jak pochłanianie z zapartym tchem każdej strony! To WSZYSTKO znjadziecie w książce. Nie ma innej opcji.

Wiele osób boi się grubych książek. Bez przesady, czy ktoś wam to każe czytać na wyścigi? Czy ktoś wam każe przeczytać wszystko, jeśli historia was nie zainteresuje? Nie. Chyba, że jest to lektura. Ale wiadomo, lektury czytać trzeba, a ja chcę was zachęcić do samodzielnego sięgania po książki.

To tyle na dzisiaj. Komentujcie! Na razie :)


piątek, 8 sierpnia 2014

Ulubieńcy lipca!

Dzisiaj przychodzę do Was z ulubionymi kosmetykami minionego miesiąca. Wiem, że trochę się spóźniam, ale myślę, że mi wybaczycie :) Oto nowe produkty, bądź też "odnowione znajomości".



1. Krem do rąk BeBeauty - poprzedni post dotyczył właśnie jego, więc jeśli go nie czytaliście - zapraszam!

2. Avon, mgiełka do ciała, Fiołek i Liczi - lekki, przyjemny, nienachalny zapach, idealny na letnie dni. Jego trwałość nie jest oszałamiająca, ale ostatecznie to tylko mgiełka. Towarzyszyła mi na wyjeździe. Kosztuje ok. 10 zł, więc warto się skusić!

3. Marion, kuracja z olejkiem arganowym do włosów - co prawda, olejek arganowy jest dopiero w środku składu, ale jest to z pewnością kosmetyk bardziej naturalny niż jedwab do włosów. Przy jego regularnym stosowaniu przy prawie każdym myciu (aplikuję na mokre włosy od połowy długości, skupiając się na końcówkach) zauważyłam poprawę stanu moich końcówek. Są teraz w bardzo dobrej kondycji. Olejek nie jest bardzo wydajny, przez ok. 1,5 miesiąca zużyłam 2/3 opakowania (15 ml).

4. Carmex, balsam do ust, Jasmine Green Tea - produkt znany, kontrowersyjny, chyba nikomu nie muszę go przedstawiać. Balsam mam już od pewnie 1,5 roku, jednak stosuję do "z doskoku". Ma niesamowitą zdolność znikania na miesiące, czego nie robią moje pozostałe balsamy. W moim przypadku "mrowienie" doskonale sprawdza się na upały, a nawilżenie jest bardzo zadowalające. Ma zapach ziołowy, raczej nie jest to zielona herbata, w dodatku jaśminowa!

5. Sally Hansen, lakier do paznokci Xtreme Wear, 420 Pacific Blue - jest to chyba w tym momencie mój ulubiony lakier. Przyznam się szczerze od razu, że nie mam pojęcia jaka jest jego trwałość, ponieważ często maluję paznokcie i nie czekam, aż same się zetrą. To nie jest dla mnie w lakierach najważniejsze. Za co go kocham? Na pewno za kolor - jest przecudowny i naprawdę nieziemsko wygląda na paznokciach! Za krycie - jedna warstwa w tym przypadku absolutnie wystarczy! Można się doszukiwać prześwitów, bo pojawiają się takie, ale uwierzcie mi, że to naprawdę dobrze wygląda. Rzadko kiedy mam do czynienia z takim lakierem. No i czas schnięcia - błyskawiczny! Nie dość, że jedna warstwa wystarczy, to i jeszcze schnie naprawdę szybko. I to wcale nie do tego stopnia, że po prostu przestaje być płynny. Wysycha do końca i możemy robić cokolwiek. Pędzelek ma dość standardowy, lekko wydłużony.

6. Lovely, Curling Pump Up Mascara - wtajemniczeni na pewno dostrzegą wpływ Youtube'a. I rzeczywiście, gdyby nie opinie dziewczyn, raczej bym po ten tusz nie sięgnęła. Zwłaszcza, że w malowaniu oczu nie mam zbytniego doświadczenia. Jest to mój pierwszy tusz, ale na tyle znam się na teorii, że mogę potwierdzić jego zalety. Ma lekko wygiętą, silikonową szczoteczkę z krótkimi "wloskami". Daje dość naturalny efekt, dzięki czemu powinien sprawdzić się u dziewczyn, który takowy preferują - na przykład nastolatek. Nie jest wodoodporny, nie osypuje się i wytrzymuje na rzęsach cały dzień. Wydaje mi się jednak, że po pewnym czasie efekt traci na spektakularności, co mi jednak nie przeszkadza - wolę lekko zaznaczone rzęsy.

Mam nadzieję, że wśród moich perełek upatrzycie coś dla siebie, a krótkie recenzje okażą się pomocne. Do następnego! :)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Starcie kremów do rąk - Neutrogena vs. BeBeauty

Witajcie po przerwie! Wróciłam z wyjazdu i znowu mogę pisać. Dzisiaj porównam ze sobą dwa różne kremy do rąk. Różne ceny, różne właściwości, a jednak podobne działanie. Zapraszam!

Moje dłonie są bardzo wymagające. Bardzo się przesuszają, szczególnie w okresie zimowym. Nawilżenie ich to nie lada wyzwanie, dlatego jak najbardziej nadaję się do testowania.



1. Neutrogena, skoncentrowany krem do rąk, ok. 11 zł, 75 ml
2. BeBeauty, regenerujący krem do rąk, skóra bardzo sucha i zniszczona, ok. 3-4 zł, 125 ml






- skoncentrowany, półprzezroczysty
- delikatny, nienachalny zapach
- strasznie wydajny, kremowałam dłonie w kratkę z lenistwa i był ze mną przez 3 lata!
- nie potrzeba wiele, aby trochę nawilżyć dłonie, jednak ja lubię grubszą warstwę
- rozprowadza się nie tak łatwo jak zwykły krem, ze względu na konsystencję
- natłuszcza
- szybko się wchłania, zostawia delikatny lekko tłusty film, który zbytnio nie przeszkadza
- nie ma filtra UV






- konsystencja typowego delikatnego kremu, jasnoróżowy
- dosyć intensywny i obiektywnie rzecz biorąc ładny zapach, który mi jednak trochę przeszkadza. Jest silny!
- również bardzo wydajny, wydaje mi się jednak, że nie tak bardzo jak Neutrogena
- mała ilość wystarczy
- bardzo łatwa aplikacja, krem jest delikatnie "mokry" i ani trochę skoncentrowany. Na początku nie    wierzyłam, że może dawać jakiekolwiek nawilżenie, a daje silne!
- zawiera alantoinę, więc teoretycznie powinien natłuszczać, jednak ja na razie takiego działania nie   zauważam
- szybko się wchłania, trochę szybciej niż Neutrogena i zostawia na dłoniach coś, za co go uwielbiam -  "jedwabistą" powłoczkę, absolutnie nie tłustą. Nigdy nie spotkałam się z czymś takim przy innym kremie. Tego wrażenia naprawdę nie da się opisać, więc musicie same spróbować!
- zawiera filtr UV


PODSUMOWANIE

Moim zdaniem, nie da się określić, który krem jest lepszy. Kocham je oba. Uważam jednak, że na porę zimową do moich dłoni (przesuszonych, nie koniecznie do waszych!) trochę lepiej nada się krem z Neutrogeny, ponieważ nie tylko doskonale nawilża, jak i BeBeauty, ale także natłuszcza, przez co lepiej chroni przed czynnikami takimi jak mróz czy wiatr. Wchłaniają się oba świetnie, jednak grubsza warstwa Neutrogeny to zdecydowanie opcja na noc. Natomiast w lato mogę używać któregokolwiek.

Jeżeli twoje dłonie są bardzo wymagające i nie wiesz, którą opcję wybrać - moją odpowiedź masz powyżej. 

Dla posiadaczek dłoni, które przesuszają się od czasu do czasu - polecam BeBeauty (naprawdę kocham ten efekt, który zostawia na dłoniach!). Jest to krem kilka dobrych złotych tańszy, więc po co przepłacać? 

Masz ręce, które prawie nie wymagają nawilżenia i stosujesz kremy rzadko? Z tych dwóch polecam BeBeauty. Pamiętaj jednak, że jest to spora pojemność, więc istnieje ryzyko, że nie zdążysz go zużyć. Możesz zatem rozejrzeć się za czymś jeszcze lżejszym, np. wersją tego kremu do skóry normalnej. Ale wybór należy do ciebie, przecież cena jest bardzo niska!


To by było wszystko z mojej strony. Piszcie, czy moja recenzja okazała się pomocna. Koniecznie powiedzcie mi też o waszych ulubionych kremach! Na razie :)