piątek, 5 września 2014

Ulubieńcy sierpnia

Witajcie! Przychodzę do was znowu, mam nadzieję, że teraz będzie już to regularne. W roku szkolnym łatwiej mi wyznaczyć swój rytm i jestem bardziej zorganizowana :) Ale przejdźmy do rzeczy. Mam dla was kilka kosmetyków, dwie książki i cztery piosenki, których często słuchałam. Oprócz Lany, oczywiście :)



Zaczniemy od produktów do włosów.

1. Szampon Nivea Volume Sensation - moje ostatnie dwa szampony, czyli jakiś z Timotei i Alterra do włosów farbowanych (w sumie to takie posiadam) nie przypadły mi do gustu. Zawsze następnego dnia po myciu miałam przetłuszczone włosy. Pomyślałam, że może to po prostu kwestia hormonów :) Ale okazało się, że nie. Ostatnio podkradam mamie wyżej przedstawiony szampon i jestem nim zachwycona! Domywa włosy :D Jest przezroczysty, a więc lekki. Moje włosy mają naturalnie niezłą objętość, a produkt ją podtrzymuje, Co mnie jeszcze w nim urzekło to to, że nie mam potrzeby używania przy nim tradycyjnej odżywki. Spsikuję włosy tylko odżywką ze Schwarzkopfa i używam na końcówki olejku arganowego, o którym pisałam tutaj. I jest super! :D

2. Isana, Suchy szampon - dorwałam go na przecenie w Rossmannie za ok.5 zł. Powiedziano już na jego temat sporo, więc nie muszę już nic dodawać :) Dobrze spełnia swoje zadanie.




Następnie coś do twarzy.

3. Mixa, Mleczko do demakijażu dla skóry wrażliwej i alergicznej - jestem w swoim życiu na etapie uczenia się makijażu, ale nie tylko w celu malowania siebie, Otóż chciałabym spełniać się w zawodzie wizażystki, jednak nie tylko :) Ale o tym kiedy indziej. Prawie codziennie ćwiczę po kilka razy na każdym oku idealną kreskę. Nie da się ukryć więc, że trochę je maltretuję :/ Cienka skóra wokół oczu po przecieraniu wacikiem łatwo się podrażnia, może też piec. Testowałam dwa produkty, które zmyją eyeliner: to mleczko oraz Garnier do oczu wrażliwych. Ten drugi absolutnie nie nada się do takowych, piekł i podrażnił skórę (zaznaczam, że wykonywałam demakijaż kilka razy w ciągu kilku minut). Przy Mixie wszystko było w porządku. Bardzo polecam ten produkt!

4. Nivea, Żel - Krem do mycia twarzy - nie jest to zbyt wydajny produkt, jednak bardzo go lubię. Ma bardzo miłą konsystencję, pięknie pachnie. Dobrze myje, spokojnie usunie krem bb, tusz, puder itp.
Po zastosowaniu nie ma uczucia napiętej skóry.

5. Garnier, Refreshing Gel - Cream, dry skin - jest to produkt, którego nie widziałam w Polsce i nie wiem, czy można go dostać w Internetach. Podarowała mi go siostra ze Stanów. Jest to półprzezroczysty żel, który przyjemnie:
- najpierw ochładza
- po kilku minutach robi mi się ciepło w twarz :D
Jest to idealny lekki "krem" na lato, szybko się wchłania. Ale raczej nie jest do dry skin ;)


Kategoria niekosmetyczna






Chciałabym polecić wam dwie książki. Jestem fanką kryminałów i w końcu mogę się pochwalić, że przeczytałam wszystkie książki z kryminalnej serii Camilli Läckberg. Doczytałam "Fabrykantkę Aniołów" i "Latarnika", którego mam na komórce, więc zdjęcia brak :(. Książki tej autorki zawsze oparte są na mrocznych wydarzeniach przeszłości, więc jeżeli ktoś lubi takie smaczki, to zachęcam do przeczytania! Możecie też zerknąć hier :)

No i jeszcze piosenki, Znane mi oczywiście wcześniej, ale wiecie, jak to jest - nie przewidzi się nagłych upodobań ;)

Afromental - It's My Life  klik

Eminem ft. Rihanna 
- The Monster  klik
- Love The Way You Lie klik

Elaiza - Is It Right  klik


To by było na tyle dzisiaj. Do następnego!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nieprzespane noce, zdrętwiałe nogi, bolące oczy - czyli nałogowe czytanie :)

Dzisiaj będzie bardziej życiowo :D Ale nie ma powodu do obaw - to wcale nie znaczy, że nie mam wam nic ciekawego do przekazania i wymyślam coś na siłę ;) Na blogu mam zamiar dzielić się moimi pasjami. Jedną z nich są książki, więc o nich też będę pisać. Dziś postaram się przekonać tych z was, którzy nie czytają do tego, że książki to nie tylko lektury, ale także pasjonująca przygoda!




Jak wiadomo, świat dzieli się na ludzi, którzy czytają - nałogowo, bądź też nie, po prostu nie stronią od tego zajęcia. Ja z pewnością zaliczam się do tej grupy. Oczywiście, że są takie książki, które mnie nudzą albo takie, za które nie mogę się zabrać. Na przykład za Quo Vadis - jest to lektura, którą muszę przeczytać w wakacje i zrobić notatki. Zostało już niewiele czasu (smuteczek). Nie będę was przekonywać do ochoczego czytania lektur :D Ja mam po prostu humanistyczne podejście, bo jestem takim umysłem :) Klasyka to coś co cenię i po prostu lubię znać perły polskiej literatury. 

 Drugą grupę stanowią ludzie, którzy za książkami nie przepadają albo wręcz nienawidzą czytać. Sama znam kilka takich osób. Zastanówmy się, jak kształtuje się stosunek tych osób do literatury? (PRZYKŁAD)

Takie osoby w dzieciństwie nie mają zbytniego kontaktu z książką. Rodzice nie czytają im na dobranoc, pewnie też nie opowiadają bajek. Dziecko zaczyna naukę w szkole i zaczyna czytać - szczególnie lektury, które w początkowych klasach nie są zbyt absorbujące. Systematyczność może być jednak ciężka do wyćwiczenia. W starszych klasach szkoły podstawowej lektury są obszerniejsze, a to od razu może odrzucać. Poza tym, książkę przeczytać trzeba w terminie, nauczyciele przeprowadzają test ze znajomości, a treść jest wałkowana na co najmniej kilku godzinach lekcyjnych. W gimnazjum jest naprawdę "gorzej". Szkoła podstawowa ma lektury naprawdę stosunkowo fajne, więc nie narzekajcie! ;) Wiadomo nie od dziś, że szczególnie młodzi ludzie nie lubią, gdy się im rozkazuje. Oczywiście, cały system szkolnictwa opiera się na tym, jednak do zajęcia tak pasjonującego i rozwijającego jak czytanie, nauczyciele powinni zachęcać. W dorosłym życiu człowiek może mieć na zawsze uraz do książek właśnie poprzez takie "traumy" z młodości.

No a my, nastoletni ludzie? Scenariusz jest taki sam, jednak może uraz trochę mniejszy. Pamiętajcie jednak, że nie wszystkie książki to lektury, które są zazwyczaj nawet nie tyle nudne, ile ciężkie w odbiorze. Co daje czytanie?

:) zajęcie na niekończące się godziny

:) wzbogacanie słownictwa, bezbolesne przyswajanie zasad gramatyki i ortografii

:) sposób na lepsze oceny

:) nigdy nie mieliście tak, że chcieliście zapomnieć o otaczającym was świecie, np. gdy zżerała was zazdrość albo koleżanka się na was fochnęła? Nigdy nie mieliście tak, że chcieliście pożyć czyimś życiem, przeżywać przygody, nawet fantastyczne? Nigdy nie mieliście tak, że w rutynie dnia codziennego chcieliście wejść w inne środowisko, nawet niebezpieczne - po prostu chcieliście się dowiedzieć jak tam "jest"? Nie ma nic lepszego jak pochłanianie z zapartym tchem każdej strony! To WSZYSTKO znjadziecie w książce. Nie ma innej opcji.

Wiele osób boi się grubych książek. Bez przesady, czy ktoś wam to każe czytać na wyścigi? Czy ktoś wam każe przeczytać wszystko, jeśli historia was nie zainteresuje? Nie. Chyba, że jest to lektura. Ale wiadomo, lektury czytać trzeba, a ja chcę was zachęcić do samodzielnego sięgania po książki.

To tyle na dzisiaj. Komentujcie! Na razie :)


piątek, 8 sierpnia 2014

Ulubieńcy lipca!

Dzisiaj przychodzę do Was z ulubionymi kosmetykami minionego miesiąca. Wiem, że trochę się spóźniam, ale myślę, że mi wybaczycie :) Oto nowe produkty, bądź też "odnowione znajomości".



1. Krem do rąk BeBeauty - poprzedni post dotyczył właśnie jego, więc jeśli go nie czytaliście - zapraszam!

2. Avon, mgiełka do ciała, Fiołek i Liczi - lekki, przyjemny, nienachalny zapach, idealny na letnie dni. Jego trwałość nie jest oszałamiająca, ale ostatecznie to tylko mgiełka. Towarzyszyła mi na wyjeździe. Kosztuje ok. 10 zł, więc warto się skusić!

3. Marion, kuracja z olejkiem arganowym do włosów - co prawda, olejek arganowy jest dopiero w środku składu, ale jest to z pewnością kosmetyk bardziej naturalny niż jedwab do włosów. Przy jego regularnym stosowaniu przy prawie każdym myciu (aplikuję na mokre włosy od połowy długości, skupiając się na końcówkach) zauważyłam poprawę stanu moich końcówek. Są teraz w bardzo dobrej kondycji. Olejek nie jest bardzo wydajny, przez ok. 1,5 miesiąca zużyłam 2/3 opakowania (15 ml).

4. Carmex, balsam do ust, Jasmine Green Tea - produkt znany, kontrowersyjny, chyba nikomu nie muszę go przedstawiać. Balsam mam już od pewnie 1,5 roku, jednak stosuję do "z doskoku". Ma niesamowitą zdolność znikania na miesiące, czego nie robią moje pozostałe balsamy. W moim przypadku "mrowienie" doskonale sprawdza się na upały, a nawilżenie jest bardzo zadowalające. Ma zapach ziołowy, raczej nie jest to zielona herbata, w dodatku jaśminowa!

5. Sally Hansen, lakier do paznokci Xtreme Wear, 420 Pacific Blue - jest to chyba w tym momencie mój ulubiony lakier. Przyznam się szczerze od razu, że nie mam pojęcia jaka jest jego trwałość, ponieważ często maluję paznokcie i nie czekam, aż same się zetrą. To nie jest dla mnie w lakierach najważniejsze. Za co go kocham? Na pewno za kolor - jest przecudowny i naprawdę nieziemsko wygląda na paznokciach! Za krycie - jedna warstwa w tym przypadku absolutnie wystarczy! Można się doszukiwać prześwitów, bo pojawiają się takie, ale uwierzcie mi, że to naprawdę dobrze wygląda. Rzadko kiedy mam do czynienia z takim lakierem. No i czas schnięcia - błyskawiczny! Nie dość, że jedna warstwa wystarczy, to i jeszcze schnie naprawdę szybko. I to wcale nie do tego stopnia, że po prostu przestaje być płynny. Wysycha do końca i możemy robić cokolwiek. Pędzelek ma dość standardowy, lekko wydłużony.

6. Lovely, Curling Pump Up Mascara - wtajemniczeni na pewno dostrzegą wpływ Youtube'a. I rzeczywiście, gdyby nie opinie dziewczyn, raczej bym po ten tusz nie sięgnęła. Zwłaszcza, że w malowaniu oczu nie mam zbytniego doświadczenia. Jest to mój pierwszy tusz, ale na tyle znam się na teorii, że mogę potwierdzić jego zalety. Ma lekko wygiętą, silikonową szczoteczkę z krótkimi "wloskami". Daje dość naturalny efekt, dzięki czemu powinien sprawdzić się u dziewczyn, który takowy preferują - na przykład nastolatek. Nie jest wodoodporny, nie osypuje się i wytrzymuje na rzęsach cały dzień. Wydaje mi się jednak, że po pewnym czasie efekt traci na spektakularności, co mi jednak nie przeszkadza - wolę lekko zaznaczone rzęsy.

Mam nadzieję, że wśród moich perełek upatrzycie coś dla siebie, a krótkie recenzje okażą się pomocne. Do następnego! :)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Starcie kremów do rąk - Neutrogena vs. BeBeauty

Witajcie po przerwie! Wróciłam z wyjazdu i znowu mogę pisać. Dzisiaj porównam ze sobą dwa różne kremy do rąk. Różne ceny, różne właściwości, a jednak podobne działanie. Zapraszam!

Moje dłonie są bardzo wymagające. Bardzo się przesuszają, szczególnie w okresie zimowym. Nawilżenie ich to nie lada wyzwanie, dlatego jak najbardziej nadaję się do testowania.



1. Neutrogena, skoncentrowany krem do rąk, ok. 11 zł, 75 ml
2. BeBeauty, regenerujący krem do rąk, skóra bardzo sucha i zniszczona, ok. 3-4 zł, 125 ml






- skoncentrowany, półprzezroczysty
- delikatny, nienachalny zapach
- strasznie wydajny, kremowałam dłonie w kratkę z lenistwa i był ze mną przez 3 lata!
- nie potrzeba wiele, aby trochę nawilżyć dłonie, jednak ja lubię grubszą warstwę
- rozprowadza się nie tak łatwo jak zwykły krem, ze względu na konsystencję
- natłuszcza
- szybko się wchłania, zostawia delikatny lekko tłusty film, który zbytnio nie przeszkadza
- nie ma filtra UV






- konsystencja typowego delikatnego kremu, jasnoróżowy
- dosyć intensywny i obiektywnie rzecz biorąc ładny zapach, który mi jednak trochę przeszkadza. Jest silny!
- również bardzo wydajny, wydaje mi się jednak, że nie tak bardzo jak Neutrogena
- mała ilość wystarczy
- bardzo łatwa aplikacja, krem jest delikatnie "mokry" i ani trochę skoncentrowany. Na początku nie    wierzyłam, że może dawać jakiekolwiek nawilżenie, a daje silne!
- zawiera alantoinę, więc teoretycznie powinien natłuszczać, jednak ja na razie takiego działania nie   zauważam
- szybko się wchłania, trochę szybciej niż Neutrogena i zostawia na dłoniach coś, za co go uwielbiam -  "jedwabistą" powłoczkę, absolutnie nie tłustą. Nigdy nie spotkałam się z czymś takim przy innym kremie. Tego wrażenia naprawdę nie da się opisać, więc musicie same spróbować!
- zawiera filtr UV


PODSUMOWANIE

Moim zdaniem, nie da się określić, który krem jest lepszy. Kocham je oba. Uważam jednak, że na porę zimową do moich dłoni (przesuszonych, nie koniecznie do waszych!) trochę lepiej nada się krem z Neutrogeny, ponieważ nie tylko doskonale nawilża, jak i BeBeauty, ale także natłuszcza, przez co lepiej chroni przed czynnikami takimi jak mróz czy wiatr. Wchłaniają się oba świetnie, jednak grubsza warstwa Neutrogeny to zdecydowanie opcja na noc. Natomiast w lato mogę używać któregokolwiek.

Jeżeli twoje dłonie są bardzo wymagające i nie wiesz, którą opcję wybrać - moją odpowiedź masz powyżej. 

Dla posiadaczek dłoni, które przesuszają się od czasu do czasu - polecam BeBeauty (naprawdę kocham ten efekt, który zostawia na dłoniach!). Jest to krem kilka dobrych złotych tańszy, więc po co przepłacać? 

Masz ręce, które prawie nie wymagają nawilżenia i stosujesz kremy rzadko? Z tych dwóch polecam BeBeauty. Pamiętaj jednak, że jest to spora pojemność, więc istnieje ryzyko, że nie zdążysz go zużyć. Możesz zatem rozejrzeć się za czymś jeszcze lżejszym, np. wersją tego kremu do skóry normalnej. Ale wybór należy do ciebie, przecież cena jest bardzo niska!


To by było wszystko z mojej strony. Piszcie, czy moja recenzja okazała się pomocna. Koniecznie powiedzcie mi też o waszych ulubionych kremach! Na razie :)







piątek, 11 lipca 2014

Haul kosmetyczno-ubraniowy

Witajcie! Dzisiaj chciałabym pochwalić się Wam tym, co kupiłam od początku wakacji :) Przy okazji informuję, że wyjeżdżam, jak to w wakacje bywa. Nie będzie mnie do końca lipca. Wiem, że to nie robi wrażenia po roku nieobecności, ale coś wypada powiedzieć ;) Zaczynamy!

Na pierwszy ogień pójdą kosmetyki.


1. Isana, Żel po prysznic, Aloe Vera & Joghurt, 2,99 zł - zawsze na wyjazdy zabieram żele z Isany. Potem, gdy tylko je powącham, wracają wspomnienia :)

2. BeBeauty, Regenerujący krem do rąk z alantoiną i filtrem UV, ok. 3-4 zł - nie używam go długo, ale chyba coś o nim napiszę, bo zasługuje na uwagę!

3. Rexona, Antyperspirant Linen Dry, Ultra Dry, 48 h, ok. 10 zł - dużo dobrego słyszałam o antyperspirantach z Rexony, jednak ten trochę mnie zawiódł.

4. Isana, Zmywacz do paznokci bezacetonowy, 2,49 zł - wolę wersję zieloną, ale tak mała pojemność była dostępna tylko w różowej. Idealna na wyjazd!

5. Clean Hands, Antybakteryjny żel do rąk z aloesem i prowitaminą B5, 2,69 zł - jeśli chodzi o takie żele, zawsze kupowałam tylko z Carex. Jednak kosztują one ok. 10 zł, a ja pożałowałam tym razem pieniędzy ;)

Teraz rzeczy "leżące" :


1. Wibo, Bibułki matujące, ok. 5 zł - po wielu próbach znalezienia zagubionych bibułek z Elf, poddałam się i skusiłam na te z Wibo.

2. Ziaja, Maska regenerująca z glinką brązową, do każdego rodzaju skóry, 1,59 zł - lubię je, a do tego są naprawdę tanie!

Trochę kolorówki:


1. Miss sporty, Morning Baby! BB cream, 001 Nude Radiance, 11,99 zł - miałam kilka kremów "bb" (wszyscy wiemy, że to nie są prawdziwe kremy tego typu) i znowu miałam ochotę wypróbować inny. Kupiłam więc ten, użyłam go dopiero raz, ale powiem szczerze, że nie jestem zadowolona z tego, jak wygląda na twarzy. Zawiera w sobie drobinki brokatu, więc twarz się świeci jak bombka. Nie jestem w stanie przypudrować go tak, żeby nie było tego widać. Próbowałam pudru widocznego na zdjęciu oraz sypkiego z Manhattanu, który matuje zdecydowanie lepiej. Nie lubię, gdy moja twarz się świeci, mam wręcz obsesję na punkcie matowej twarzy! Zużyję go, ale na codzień znowu zdecydowałam się na krem, który dopiero skończyłam.

2. Sensique, CC cream, ok. 11 zł - zużyłam już jedne opakowanie tego produktu, ale mam w planach zrobienie jego recenzji. Na razie powiem tylko tyle, że kupiłam go drugi raz, więc jestem z niego zadowolona :)

3. Maybelline, Puder Affinitone, 03 Light Sand Beige, 19,99 zł - używając tego pudru czuję się, jakbym odkrywała nowe rozwiązania w makijażu twarzy ;) Wspomniałam, że lubię mat, ale ten puder nie daje mi czegoś takiego. Kupiłam go, ponieważ strasznie chciałam go wypróbować i przekonać się do zdrowego blasku na twarzy, którego nie byłam fanką. Również planuję coś o nim napisać.

4. Essence, kredka do oczu Kajal Pencil, ok. 5 zł - zależało mi po prostu na białej kredce, a ta z Essence była najtańsza ;)


Przejdźmy może do ubrań.


Cropp, bluza z kapturem, rozmiar XL (lubię duże bluzy!), 69,99 zł (została przeceniona z 89,99 zł).




Orsay, szorty, rozmiar 40 (jeśli chodzi o nogi to niestety nie jestem najchudszą osobą na świecie :( ), 39,95 zł



Orsay, szorty, rozmiar 38, 40 zł (przecenione z 59,99 zł)




Orsay, szorty, rozmiar 40, 40 zł (przecenione z 59,99 zł)


Jadę w góry, więc zakupiłam bardziej odpowiednie do wycieczek buty :




Hi- Tec, buty damskie, rozmiar 38, 149,99 zł (przecenione z 279,99 zł)


To już wszystko w dzisiejszym poście. Przypominam, że znikam do końca lipca ;) Jeżeli Wam się podobało, zostawcie komentarz!

czwartek, 10 lipca 2014

Moja miłość!

Hej! Na wstępie chciałabym zaznaczyć, abyście nie przejmowali się roczną przerwą :)

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o mojej muzycznej miłości, którą jest Lana Del Rey. Przedstawię Wam moją historię, a potem zaprezentuję niedawno wydaną płytę, o której większość z Was mogła usłyszeć - Ultraviolence.

Gdzieś w listopadzie 2012 roku, a więc w I klasie gimnazjum, przeglądałam sobie fb. Robię to kilka razy dziennie. Zauważyłam wtedy, że moja znajoma udostępniła pewną piosenkę. Zazwyczaj nie słucham udostępnionej przez znajomych muzyki, ale wtedy chciałam zobaczyć, kim ta Lana jest. Już wcześniej zdarzało mi się natknąć na Born To Die w empiku i byłam ciekawa, czy to kolejna popowa gwiazdka. Tą piosenką była:




"Ride". Wtedy była to wersja bez początkowych i końcowych monologów, ale jeżeli ktoś zechce posłuchać, to zachęcam do odsłuchania również monologów :) 

Moje pierwsze wrażenia: przede wszystkim zaskoczyła mnie niska tonacja (najniższych dźwięków sama nie jestem w stanie wyciągnąć!). Dobrze wiemy, że zewsząd zalewają nas piosenki niezbyt wymagające technicznie, więc to była niespodzianka. Po drugie: teledysk, który opowiada historię. Przede wszystkim zaciekawiła mnie jednak melodia, szczególnie refren. Być może Wam wyda się ona zwyczajną piosenką, ale dobranie rytmu, melodii i klimatu wydało mi się bardzo oryginalne i nietypowe. 

To nie jest tak, że ta piosenka od razu mi się spodobała. Ona mnie zaciekawiła, zaintrygowała. Uważam, że to zupełnie dwie inne rzeczy. Okazało się, że często siedzi mi w głowie, a po powrocie ze szkoły bardzo chciałam ją usłyszeć. 

W końcu zaczęłam sięgać po inne piosenki Lany i okazało się, że znalazłam "swój świat" :). Utwory uważam za oryginalne i nastrojowe, a także - wielowymiarowe. Nie jestem pewna, czy wiecie, co przez to rozumiem. Mam na myśli to, że na początku zauważa się oryginalność, a z każdym kolejnym przesłuchaniem docenia się piękno. Tak jest z większością piosenek z płyty Ultraviolence, a w szczególności z West Coast.


Jest to zupełnie inna płyta, niż Born To Die. Tamta jest bardziej mimo wszystko żywiołowa, myślę, że to jest dobre słowo :) Ta z kolei jest bardziej dojrzała, mroczna. Widać, że Lana rozwija się artystycznie. Po co miałaby wydawać kopię Born To Die?



Na płycie standardowo znajduje się 11 utworów, wersja Deluxe zawiera jeszcze trzy dodatkowe: Black Beauty, Guns and Roses oraz Florida Kilos. Słyszałam jeszcze o piosence "Flipside", ale nie wiem, w jakim wydaniu jest dostępna.

Tak, jak już wcześniej wspomniałam, w utwory trzeba się dobrze wsłuchać :) Nie wiem, skąd wziął się pogląd, że piosenki Lany to "usypiacze". To nie jest płaski pop, ani "darcie mordy". Czy to oznacza, że w innym wypadku jest nudno?

Czy Wy też uważacie, że płyta jest śliczna? :)


Uwielbiam Elizabeth Woolridge Grant (prawdziwe nazwisko Lany) za teksty, które często opowiadają o miłości, ale nie w taki bezpośredni sposób typu: " Nie mogę z tobą być, moje serce cierpi, kocham cię" itd. :D Piosenki opowiadają również bardzo często o Ameryce, o metropoliach, bogactwie, o podejściu do życia, najczęściej jak do imprezy. Może nie interesowałyby mnie takie tematy, gdyby nie to, że Lana opisuje to z klasą, w jej swoisty sposób. Pojawiają się czasami przekleństwa, ale myślę, że to dodaje takiej "chłodnej" elegancji utworom. Poza tym, takie życie jest mi obce na codzień, a ja lubię czasami oderwać się od rzeczywistości :) 


Moja ulubiona piosenka. Opowiada o hulaszczym i pełnym rozrywek, jednak pełnym niebezpieczeństw i pokus życiu w krainie "Bogów i Potworów" - Los Angeles.




Teledysk pochodzi z krótkometrażowego filmu pt. "Tropico", który jest dostępny na oficjalnym kanale Lany na Youtube.

Mam świadomość tego, że mój post aż krzyczy: "SŁUCHAJ LANY!", ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Na pewno mieliście kiedyś "świra" na punkcie zespołu lub wykonawcy :) Każdy ma swój typ muzyki i to jest jak najbardziej w porządku. Ja po prostu Was zachęcam do posłuchania, zapozania się z Lizzy: :) Może dla kogoś z Was także okaże się miłością? :)


Piszcie koniecznie, jacy są Wasi ulubieni wykonawcy lub zespoły!